Co jest potrzebne do szczęścia?

Wyobraź sobie taki scenariusz. Jutro pójdziesz do kiosku i za całe trzy złote kupisz kupon Lotto. Za kilka dni wygrasz 30 milionów złotych. Wszystko to, co ostatnio było twoim pragnieniem będzie w zasięgu ręki. Rzucisz studia albo pracę i wyjedziesz  na długie wakacje dookoła świata. Będzie zwiedzanie, imprezy, pyszne jedzenie i luksusowe hotele. Kupisz sobie samochód, telewizor albo dom w Norwegii, a w moim przypadku byłby to jeden z ośmiu ocalałych egzemplarzy „Pierwszej księgi Urizena” autorstwa Williama Blake`a z 1794 roku za mniej więcej 3 miliony dolarów. Już nigdy nie doświadczyłbyś zmartwień związanych z pieniędzmi. Całkiem miło, prawda? Teraz drugi scenariusz. Jesteś na egzotycznych wakacjach i przemierzasz dżunglę na pacyficznej wyspie. Nagle czujesz ukłucia  w okolicy lewego uda. Myślisz sobie: to pewnie znów te głupie owady. Wieczorem kładziesz się w swoim pokoju wynajętym na Airbnb od miejscowego dilera. W powietrzu cały czas unosi się słodki zapach ziół i przypraw, a ty zaczynasz się trochę dziwnie czuć. Boli cię głowa, dostajesz gorączki i zaczynasz majaczyć. Twoi znajomi próbują ci pomóc, ponieważ najbliższy lekarz jest oddalony o 100 kilometrów. Może jakiś szaman pomoże? Jego też nie ma, ponieważ jest zajęty przyrządzaniem Ayahuasci i najbliższy wolny termin to następny tydzień. kolejnego dnia w szpitalu okazuje się, że owad wpuścił do twojego ciała nieznaną jeszcze światu truciznę, która spowodowała paraliż nóg. Jest szansa, że kiedyś będziesz znów chodził, ale będzie to wymagało kilku lat intensywnej rehabilitacji. Teraz, tak zupełnie szczerze. W którym przypadku będziesz bardziej szczęśliwy? Po roku od wygrania na loterii? Czy może po dwunastu miesiącach od ukąszenia owada, które spowodowało, że jeździsz na wózku inwalidzkim?

Lepsze szczeście syntetyczne czy naturalne?

            Jak to? Co za głupie pytanie. Jeśli nie jestem wariatem albo jakimś innym mnichem buddyjskim to wiadomo, że wolę wygrać na loterii, iż stracić czucie w nogach. Na szczęście nie musimy opierać się tylko na naszych przeczuciach. Dan Gilbert w jednym ze swoim wykładów na konferencji TED zaprezentował badania z których jednoznacznie wynika, że po roku od wygrania na loterii lub paraliżu nóg nie ma jakiejkolwiek różnicy w odczuwaniu szczęścia. Brzmi to prawie jakby to było niemożliwe, ale dane nie kłamią. Jak wytłumaczyć to zjawisko? Okazuje się, że możemy rozróżnić dwa rodzaje szczęścia. Pierwszym z nich jest szczęście naturalne. Po prostu zakładamy sobie, że osiągniemy swój cel. Może to być zarobienie jakiejś dużej kwoty pieniędzy, otrzymanie wymarzonej pracy albo wakacje na Bali. Po jakimś czasie to osiągamy i jesteśmy szczęśliwi. W drugim przypadku po prostu szczęście sobie wytwarzamy. Jeśli z jakiegoś powodu nie udaje nam się osiągnąć naszych celów zmieniamy swoje postrzeganie i koncentrujemy się na tym co dobre w naszym życiu i jesteśmy szczęśliwi. No tak, ale tak myślą ci, którzy się poddają, prawda? Ci, którzy nie mają w sobie genu sukcesu! Oraz nie mają w sobie ambicji…

J28CD2YRRZChoć taką wyspą, to mało kto by pogardził. Nawet jakby nie przynosiła szczęścia.

Wzrosty gospodarczy, adios!

No właśnie dlaczego niektórzy tak myślą i są zaślepieni ciągłym osiąganiem? Zapewne oprócz różnych genetycznych predyspozycji to właśnie środowisko wokół nas szepcze nam do uszu, że człowiek szczęśliwy, to ten który coś ma, a nie to jaki jest. Ma dużo pieniędzy, duży dom, pracę i pięknie wygląda. Można by się zastanowić jakby to było, gdyby ludzie przestali dążyć za wszelką cenę do szczęścia naturalnego, a nauczyli się by szczęście sobie wytwarzać. Może byłoby mniej zawałów, rozbitych małżeństw i więcej spokojnych, uśmiechniętych twarzy na ulicach? No, wtedy to mielibyśmy duży problem. Ekonomia. Skoro mogę być szczęśliwy nie kupując sobie ciągle nowych ciuchów, sprzętu AGD i zamiast jeździć samochodem kupić sobie rower? Wiele branży by splajtowało. Dlatego warto jest przyjrzeć się strukturom reklam. Wszędzie je widzimy. W internecie, na ulicy i w telewizji. Przeważnie pokazują nam jakąś straszną katastrofę. Na przykład bakterie w toalecie. Gremliny skaczą tu i tam, a zatroskana Pani Domu marszczy swoje zbotoksowane czoło. Ojej co tu zrobić, jaka jestem smutna z tego powodu! I nagle Pan w kitlu przynosi butelkę, polewa muszle klozetową i gremliny uciekają, a czoło Pani Domu powraca do nieskalanej żadną emocją równości i jej właścicielka jest szczęśliwa. I tak z każdym produktem. Amerykanie są w tym mistrzami. Tu słowa nie wystarczą, niech przemówią obrazy:

 

To co można zrobić?

Wystarczy poszukać parę minut, żeby znaleźć w internecie sposoby na to, by poczuć się bardziej szczęśliwym. Przeczytamy tam o neuroprzekaźnikach, o roli witaminy D3, o wdzięczności i ćwiczeniach fizycznych. Jestem przekonany, że jeśli jakąkolwiek z tych rad weźmie się sobie do serca, to w naszym życiu będzie więcej radości. Oprócz ćwiczeń warto jest zgłębić kwestię szczęścia. Zamiast traktować szczęście tak samo jak pieniądze, których ciągle chcemy mieć coraz więcej, można spróbować uszczęśliwić osoby wokół nas. To nie musi być nic dużego i najlepiej jeśli nie będzie to nic, co można kupić w sklepie. Może to będzie masaż, spacer albo wsparcie w trudnym momencie. I nie róbmy tego z powodu badań, które wskazują, że pomaganie innym jest jednym z najlepszych sposobów na podwyższenie swojego dobrostanu. Lepiej tak po prostu z serca.

 

Tags ,